Nie na tyle

Nie na tyle

Nie na tyle szybko, by stracić coś ze swej godności, ale i niezbyt wolno, żeby nie ryzykować swoją osobą. Zagadnienie pozostało na razie nie rozstrzyg­nięte. Siedziałem teraz sam. A niedaleko mnie stała jakaś biała rzeźba, może była to nawet Wenus. Siedzę, wokół ogromna cisza, a świat przybiera w tym zmierzchu kolor niemal fiołkowy. — Tobie dobrze — mówię do posągu — tyś z kamienia. Ale ja, boginko, jestem człowiekiem. Pójdę do domu — pomyślałem. — Mogę sobie wieczór wyprasować spodnie, mam też za­czętą partię szachów . .. Grywałem wtedy sam ze sobą. Naraz przypomniał mi się Robert Janu, pchający wózek. Przykry widok. Wokół ławeczki pozostała jakaś taka woń — jakby trawy, drzew i czegoś jeszcze. Coś jakby miód albo wino — dziś ci dokładnie nie potrafię powiedzieć, czy ta woń była słodka, czy gorzka, ale zdaje mi się, że jednocześnie i taka, i taka. Posąg przyglądał mi się zbyt domyślnie, był to stary i doświadczony posąg. Ruszyłem więc w stronę najbliższego przystanku tramwajowego. Zapadł już wieczór. Stoję i czekam. Nie potrzebowałem się jednak rozglądać, natych­miast — nie spojrzawszy nawet na drugi koniec wysepki — wiedziałem, że ktoś- tam stoi. Może i to wiedziałem, kto. Jeśli obróciłem się w tamtym kierunku, to tylko po to, aby sprawdzić swoje przypuszczenie. Ale barwy czapeczki i tak nie udało mi się ustalić, bo wysepka tonęła w liliowym świetle. Spacerowaliśmy więc po tej wysepce udając, że czekamy na tramwaj. Po prostu czekamy i nic o sobie nie wiemy, jesteśmy obcy ludzie. No, myślę, mógłbym na przykład powiedzieć głośno, że niedługo będzie kwiecień. Może nawet grzeczność by tego wymagała. Już wiem. Zacznę wymyślać na komunikację. To prosta sprawa, nie wymagająca żadnej dwulico- wości. Zobaczy też, że mam krytyczny stosunek do życia. .. Kiedyśmy się pośrodku wysepki znowu mijali — dalej milczałem. Komunikacja nic mnie nie ob­chodziła. Darzyłem ją nawet przyjaznym uczu­ciem i tylko obawiałem się, że tramwaj napraw­dę przyjedzie. Że przyjedzie, zadzwoni i — odje­dzie. Należało szybko coś powiedzieć albo coś zrobić. Na przykład uśmiechnąć się zagadkowo. Przecież człowiek ma prawo uśmiechać się do siebie — nikt mu tego nie może zabronić. Ale nie odezwałem się ani się nie uśmiechnąłem. Naraz ogarnęła mnie rezygnacja. — Co tam — perswaduję sobie — puszczę w do­mu radio. Wezmę książkę do łóżka, może nawet tom poezji... A spodnie wyprasuję jutro. Albo dam do krawca... Czy człowiek musi sobie do śmierci sam prasować spodnie? Wtem nadjechał tramwaj. Dziewczyna wsiadła. A ja poczułem, jakbym ją od dawna, bardzo dawna znał. Przystanek zaś przypominał w owej chwili dworzec kolejowy. Ona może o tym wiedziała, bo na chwilę, na prawie niedostrzegalną chwilkę odwróciła się i spoj­rzała na mnie. Tramwaj zadzwonił i odjechał. A ja patrzyłem, jak powoli znika. Za chwilę nie było go już widać — nawet światełka, nawet tego światełka. . . — No, pójdę do domu i skończę samotnie partię szachów — powiedziałem sobie w końcu. — Prze­cież nawet nie wiem, jaką czapeczkę miała, czer­woną, niebieską — a może zieloną? Opowiadam ci tę historyjkę, jak się ludzie więcej nie spotykają, bo i ty będziesz kiedyś stał na wysepce tramwajowej i chciał z kimś nawiązać rozmowę. Zdarza się to wszystkim ludziom w miastach. Na wsi bywają śmielsi — no i nie ma tam tramwajów. Ale pewnego dnia pobiegłem za takim tramwajem. Jechała nim mamusia. Jakeśmy cię wymyślili Teraz ci opowiem, jakeśmy cię wymyślili. Działo się to dosyć dawno, nosiłem wtedy wel-wetowe spodnie, z których mamy teraz poduszkę dla kotka. Był wieczór, przyszedłem do domu, napaliłem w piecu i rozgrzewałem sobie ręce. Mamusi

Poprzedni - Przejechać? Nie mogłem odmówić
Następny - Nie zastałem, znalazłem

Strony pokrewne